zabars blog

Twój nowy blog

dziś już tego nie robię?Dlaczego?

5 kwietnia. Wielki Czwartek.

„Czuło się jej nadejście w sobotę. To moment przypominający otwarcie butelki szampana: korek powoli wysuwa się, ciężko i opornie, a potem nagle pyk!- jest wiosna.”
( Andrzej Bobkowski ‚Z dziennika podróży’)

krokusy.jpg

Samochód narzędziem, samochód biurem, samochód miejscem towarzyskich pogawędek, samochód…Zaczęłam pisać to pierwsze zdanie z zamiarem utyskiwania na moją samochodowa rzeczywistość i jej ograniczenia, ale tak naprawdę …nie powinnam. Pomijając bolące plecy, problemy z krążeniem, oddychaniem…i ryzyko, że któregoś pięknego dnia ktoś się może zagapić, to odizolowanie od gwarnego biura, od tych wszystkich osób, które koniecznie musza mnie zobaczyć, by dowiedzieć się co robić, jak robić lub też pokazać, powiedzieć, że coś robią…sprzyja w istocie. Nie lubię biur…
***
A kraj oglądany zza szyby, tętni życiem. Wjeżdżając do Gdańska i powoli sunąc w kawalkadzie samochodów w kierunku Gdyni miałam wrażenie, że wjechałam na jeden wielki plac budowy. Kraj to plac budowy dzisiaj, chłopcy i dziewczynki znieśli zabawki , kolorowe koparki, większe i mniejsze dźwigi, dziesiątki dostawczych samochodów i w tej wielkiej piaskownicy budują zamki i zameczki. Znajomy Włoch mówi do mnie ostatnio: „za każdym razem, gdy tu do was przyjeżdżam, zazdroszczę tego ruchu, rwetesu, zmian…tu się tyle dzieje, a u nas już nic.”
No mieli pecha makaroniarze…wzięli się i rozwinęli wcześniej a teraz nuda panie, nużyzna…
Oby tylko mądrości i estetyki w tym naszym rozwoju nie zabrakło, bo piaskownica… jedna i wspólna zarazem.

6 kwietnia. Wielki Piątek.

Nie zjadłam tyle co zwykle, choć ani przez moment nie czułam głodu. ‚Wielkie wyrzeczenie’.
***
Kapuściński wsiada do samolotu parę chwil po opuszczeniu obozu chorych i głodujących w Afryce, tego samego dnia wysiada z samolotu w pięknym Paryżu wśród beztrosko spacerujących Francuzów. Zderzenie światów. Chyba tak to jakoś szło…
Obok mnie, na innym kontynencie… ‘wielki post’ trwa przez 12 miesięcy, 52 tygodnie, każdego dnia. Nikt nie prosi o postne wyrzeczenia. Nawet duchowni misjonarze…
***
Tymczasem. Zakupy zrobione, samochód zatankowany, bagaże spakowane. Tatry… przybywam!

7-8 kwietnia. Wielka Sobota i Wielkanoc.

Moje Święta Wielkanocne na Podhalu, kolejne…
Dom drewniany , jeden z ostatnich przy drodze. Tu bowiem kończy się asfalt. Najpiękniejszy widok z okna jaki można sobie wymarzyć, na przeciwległym zboczu wioska Jagny Marczułajtis mozolnie wspina się ku szczytom, a Giewont lśni w śniegu nic nie robiąc sobie z wiosny.
U sąsiada od samego rana pieje kogut. Poza wiatrem odbijającym się od ścian i dachu, zaśpiewem ptaków okupujących pobliskie świerki… cisza. Wielka cisza.

widokzokna.jpg

Rezurekcja później niż zwykle. Proboszcz grzmi z ambony na Górali co dudki w Wielkanoc liczą a o Bogu zapominają…Zimno.
Tu każdy większy dom to fabryka pieniędzy. A cepry płacić muszą jak chcą na góry popatrzeć. Stara Sulejka kilka lat temu zrobiła dla mnie czapkę w owczej wełny. Spacer między straganami Krupówek dwa dni później uzmysłowił mi jak droga to była czapka. Ostatni mój handel z Sulejką.

Ziemia dla Górala świętą. Jak budowali drogę w Stołowym, ludzie we wsi kładli się na ziemi przed swoimi domostwami aby uchronić choćby jej pięść. A droga wspólna miała być i świat im przybliżyć. Zbudowali, wąską jak jasny pierun, jeden samochód czeka by wyminąć drugi.
Wieczorami wszędzie czuć wylewane po cichu szambo…w tę ich świętą ziemię.

Gotują tłusto i bardzo smacznie, nie tylko dla ceprów, po zamążpójściu młode Góralki zwykle grube i trudno określić ich wiek. Pobierają się między sobą, tu na przykład co drugi to Skupień…W szkole dzieci mają trudności z nauką, i nie tylko wtedy gdy wieje Halny…

Nowa powieść Nurowskiej o jej życiu na Podhalu mówi jak jest.

Wielkanoc na Podhalu dla mnie możliwa, bo rodzina Męża mieszka tu od lat. On Góral z dziada pradziada, pierwszy oficer na niejednym statku, na których zwiedził cały świat, Ona ceperka z Suwalszczyzny. Wspólna ich młodość w Gdyni….emerytura już tutaj.
On szczęśliwy, Ona tęskni za Pomorzem.

9 kwietnia.

Wielkie Lanie w poniedziałek ominęło mnie szczęśliwie. Półgodzinny spacer na Galicową Grapę, krokusy pod limbą, śmieci w lesie bezpardonowo wyrzucane przez Górali i ceprów.
Nie potrafimy zadbać o to co nasze i piękne, nie potrafimy jeszcze. Ktoś kiedyś powiedział, że ekologia zaczyna się od codziennego umycia zębów i nóg…a i tego u nas brakuje.

10 kwietnia. Wtorek.

Nowa książka- zakup przypadkowy.
Czytam historię autorstwa nieznanego mi dotąd człowieka. Historię pewnego życia i pewnej podróży. Przewracam kartki…im więcej ich przewrócę tym dotkliwszy żal, że nie dane nam było się spotkać. Andrzej Bobkowski zmarł na raka, jeszcze przed moim urodzeniem, gdzieś w dalekiej Gwatemali…
***
Krupówki we wtorek prawie puste. Ci co przyjechali na Wielkanoc w góry już w domach zapewne leczą niestrawność po świątecznym obżarstwie. W Cepelii wyprzedaż drewnianych puzderek.
Kupiłam cztery- za wszystko 70 zł, ręczna robota.
***
Odpoczywam…rytm dnia ustala głos Gospodyni wołającej z dołu: śniadanie, obiad, kolacja. Dużo czytam, nadrabiam zaległości. Jutro jak pogoda dopisze…Morskie Oko.
***
„Czym myśl jest prostsza we wszystkich zagadnieniach własnego „ja”, czym bardziej staje się szczerą i otwartą, opartą wyłącznie na krótkich „tak” lub „nie”, do których w końcu zawsze dochodzi się, gdy człowiek zechce naprawdę szczerze ze soba porozmawiać, tym jaśniej żyć.
Niestety nosi się w sobie ciągłą i nieprzezwyciężoną chęć grania przed samym soba wielkiej roli przy byle sposobności. Nosi się w sobie cały teatr, nie-raczej budę jarmarczną i odwala się całe sztuki. Widz w człowieku, ten „Ja”, bierze to najpoważniej w świecie, zachłystuje się i patrzy, rozrzewniając się i mnąc chusteczkę. I nie czuje fałszu bo ubiera swą myśl w słowa, delektuje się formą, nie wyczuwając, że treść jest podwórzowa.
Jest w człowieku jakiś pęd do szklistego załgania się i jakiś snobki strach żeby przed samym sobą, nawet przed samym sobą, nie wyjść na prostaczka myślowego. Nikt nie zna cudzych myśli, a ludzie myślą najczęściej tak jakby liczyli się w tym z opinią. I wobec tego załgiwują się w stosunkach ze soba samymi tak samo jak w stosunkach towarzyskich. Czy trzeba czy nie trzeba.”
( Andrzej Bobkowski ‘Szkice piórkiem’)

11 kwietnia. Środa.

18 km marszu. Góralskie wozy czekające na leniwych mijamy z wyraźnym uczuciem wyższości. Morskie Oko skute lodem, ptaki różnej maści żebrzące o okruchy.

okruchy.jpg

Słonecznie. Na szlaku pustawo, turystyczny najazd zacznie się pewnie w majowy weekend. Trzy herbaty z cytryną, kawa z mlekiem w schronisku- 14 zł. Teraz boli każdy mięsień, ale zadowolenie z siebie przeogromne.
Nie mogę przypomnieć sobie nazwiska nauczycielki geografii, która tak ochoczo wyciągała mnie w góry kilkanaście lat temu. A tyle jej zawdzięczam.
***
Skończyłam „Z dziennika podróży” A. Bobkowskiego,( świetna) oraz „Kiedy byłem dziełem sztuki” Erica-Emmanuela Schmitta ( taka sobie). Zaczynam Olgę Tokarczuk „ anna in w grobowcach świata”…

12 kwietnia. Czwartek.

15 km. Stołowe, Galicowa Grapa, Poronin, Suche, Ząb, Gubałówka.

kury.jpg

Przepiękna pogoda, słonecznie, ciepło. Gdzie nie spojrzeć wycinka drzew, w przydomowych stolarniach aż huczy…budują, budują, budują.
Wrażenie, że za dużo tych nowych domów.
Przy coraz większej dostępności porównywalnych cenowo górskich ośrodków w Europie z lepszą infrastrukturą turystyczną, świetnymi drogami za parę lat nowe domy na Podhalu mogą stać puste…chyba , że Rosjanie.
Zaczęły się wygony owiec, wczoraj minęliśmy po drodze ze trzy stada. Lubię te pożyteczne zwierzęta.
Oscypki kupione na grilla okazały się pudłem, grill wręcz przeciwnie.
Nogi, stawy dały o sobie znać, bąbel na małym palcu, wstyd mi za tę moją marną kondycję. Moja wina…
***
Wieczorem Jowisz dobrze widoczny. Na moich zdjęciach wręcz przeciwnie. Brak statywu.

13 kwietnia. Piątek.

Kraków.

krakowiacy.jpg

Pomyślałam o Matce i Ojcu, którzy spędzili tu kawał życia, najlepsze lata. Ojciec z zajęć na Akademii biegał z saksofonem pod pachą na te wszystkie swoje grania zarabiając tym na życie…w owych czasach był ponoć jednym z najlepszych saksofonistów Krakowa. Andrzej Zaucha, przez przyjaciół nazywany Lewarkiem…jeden z wielu o których opowiadał do końca. Tak się czasem zastanawiam, jak Mama, dziewczyna z biednej wioski koło Lidy odnalazła się tutaj.

***
Przeszliśmy Floriańską, od Barbakanu w stronę Rynku. Czy z lotu ptaka fort ten istotnie wygląda jak pękata dziurka od klucza? Minęliśmy Jamę Michalika, dom Jana Matejki, dom Trycjusza, Muzeum Farmacji…na Rynku Głównym zjedliśmy obwarzanka za 1zł, przelecieliśmy wzrokiem po pomniku Mickiewicza, Kościele Mariackim, Sukiennicach, i Kościele św. Wojciecha…nigdzie nie wstąpiliśmy. Starowiślną poszliśmy w kierunku Kazimierza, błądząc przy okazji co nieco.
Nie lubię oglądać miast w towarzystwie. Zawsze to jakiś kompromis. Zbyt duży jak dla mnie. Pamiętam tylko gadanie współtowarzyszy…
A Kazimierz… z roku na rok coraz bardziej odnawiany, szkoda, że na placu tuż przy Arielu wszyscy parkują samochody, psuje to widok i atmosferę

kazimierz.jpg

Czarne buty Ecco 300zł. Ubrań żadnych, kupię coś po powrocie do ludzkich rozmiarów.
To co widzę w lustrze… zaczęło straszyć.

14 kwietnia. Sobota

Lenistwo. Nie dzieje się nic. Dostanę odleżyn.
R. pochłania „Szkice piórkiem” A. Bobkowskiego. To przyjemne kupić wreszcie coś co mu się naprawdę podoba. Książkę będę kupować przyjaciołom w prezencie…

15 kwietnia. Niedziela

Wyruszamy po 6 tej rano, do 10-tej wszystkie kanapki zjedzone. Po drodze nieudolne próby wyprzedzania pielgrzymki ( sic!) motocyklistów na Jasną Górę. 20 tysięcy motorów…
Krótki przystanek w Stolicy, ukulturalniamy się w Zachęcie, Józef Czapski z kolekcji Aeschlimanna. W gablotach dzienniki, ależ ten facet bazgrolił. Jak prawdziwa kura prawdziwym pazurem. Swój.

I niech rodzi się w przyrodzie życie, a w człowieku nadzieja…

pisanki.jpg

Sfumato

4 komentarzy

Słynna podwójna agentka z czasów pierwszej wojny światowej -Mata Hari- stojąc w 1917 roku przed francuskim plutonem egzekucyjnym powiedziała dobitnie jedno zdanie: „Życie jest iluzją”….

***

Ranki marcowe jeszcze mgliste…
W ostatni czwartek, gdzieś między Lutrami i Jezioranami minęłam na drodze staruszkę. Kątem oka dostrzegłam jej pomarszczoną twarz, siwe włosy wystające spod kolorowej chustki i tę charakterystyczną posturę, którą cechowała bliżej nieokreślona determinacja w poszukiwaniu rzeczy zagubionych na ziemi. Gdybym ubrała w słowa to wszystko co przypomniała mi jej postać powstałby tekst o tęsknocie… za tymi, których już nie ma obok.

Nie zatrzymałam się jednak, nic nie zapisałam, miałam 80 kilometrów do przejechania i zebranie na które nie mogłam się spóźnić.
A chwila minęła, myśl zniknęła bezpowrotnie w bezkresnych czeluściach zapomnienia …naga, nie ubrana w żadne słowa.

Jeżdżę we mgle. Tajemnicza mglistość… prowokuje jednak by wyostrzyć zmysły.

***

Gdy wszystko idzie w życiu gładko jak po maśle, dobrze w domu, dobrze w pracy, dobrze w sercu, duszy , głowie… człowiek połyka przynętę myślenia, na której wisi już kilku innych wcześniej złapanych na ten sam haczyk, że tak dobrze jak teraz to już będzie zawsze, bo teraz to człowiek jest mądry, wie jak kontrolować to co go otacza i może wpływać na bieg wydarzeń….
A pewność tego co nas otacza to niestety iluzja choć racjonalny umysł kusi by uwierzyć w te wszystkie rzeczy, które pomagają przeżyć dzień- że nie ma w innych złej woli, że będę jeszcze ważyć tyle co lat temu 10, że siła grawitacji nie ima się mej twarzy, że zdrowie na pewno dopisze, że to co przeczytałam w publikacjach w 2002 roku na temat infekcji gronkowcowych i czego jestem taka cholernie dziś pewna wciąż pozostaje aktualne, że kochająca mama wybaczy nieobecność, przyjaciele i rodzina zrozumieją brak uwagi, że sprzeczki z R. dotyczą bałaganiarstwa a nie władzy, że niewykonalne da się wykonać jeśli tylko postaram się jeszcze bardziej…

Iluzje pewności…

***

A tymczasem…suwalski bazar w każdy sobotni poranek tętni życiem…

bazar.jpg

Kilka plakatów z Krakowa do obejrzenia w suwalskim muzeum….

plakaty.jpg

Konie pasące się na muzealnych podłogach…

koniki.jpg

A młyn w Przerośli jak stał tak stoi…w niedzielę we mgle.

mlyn.jpg

Przeczytałam nie tak dawno, że jedno niedzielne wydanie „New York Timesa” oferuje więcej informacji niż wykształcony człowiek przełomu siedemnastego i osiemnastego wieku mógł sobie przyswoić w ciągu całego życia. Wyobrażacie sobie?
Jedno wydanie- jedno życie.

Sama zwykle kupuję weekendowe wydanie Rzepy, to z Plusem Minusem…Prenumeruję też Tygodnik Powszechny…( lubię ks. Bonieckiego i felietony M. Króla)…dodatkowo wydaję pieniądze na dwa czasami trzy miesięczniki…
Zakładając, że średnio czytam 1 lub 2-e książki w miesiącu, moja podręczna biblioteka już dzisiaj zapewnia mi nieprzerwaną lekturę na najbliższe 5-6 lat…
Kupuję za dużo, a czytam coraz mniej.
Wszystkiego wokół ogarnąć i tak nie zdążę, choćbym bardzo chciała i nie wiem jak bardzo się spieszyła…Ale naiwny głuptak ze mnie.

„Jestem wielkim zwolennikiem cytatów i myślę, ze wart uwagi jest pogląd Waltera Benjamina, iż księga cytatów byłaby najdoskonalszą ksiązką. Kiedy zgłębimy jakąś dziedzinę wiedzy dostrzegamy, że została już na ten temat napisana masa książek. W każdej książce jest co najmniej jedna fascynująca myśl. Normalny czytelnik nie będzie do tej myśli docierał, bo tych książek nie przeczyta. Uważam ze obowiązkiem człowieka, który poświęcił się jakiejś dziedzinie, jest wynajdywanie tych pereł. Normalnie sa one zagubione gdzieś w masie trzystu stron druku, a wydobyte- odżywają nabierają blasku”R. Kapuściński

***

W piątek wróciłam z Francji.
Ileż człowiek może się dowiedzieć o sobie dzięki innym ludziom…ponownie, na nowo siebie zobaczyć ich oczami ,dostrzec swoje dawno już zapomniane zalety, do których posiadania tak mocno się przyzwyczaił, że przestał je z biegiem lat zauważać.
Tak się złożyło, że moi współtowarzysze podróży podróżowali w swoim życiu niewiele. Inne pokolenie, nieznajomość języków, brak możliwości finansowych, niechęć a być może niemożność stworzenia okazji do podróżowania w przeszłości. Ona, jak się okazało, pierwszy raz w życiu miała lecieć samolotem, On podobnie…ustaliliśmy, że odprawa bagażowa poprzedzi paszportową i dalej w świat…Bardzo dobrzy fachowcy w swojej wąskiej branży, ludzie z długim zawodowym doświadczeniem…okazali się zupełnie nieporadni w podróży poza granicami kraju.
Wyruszałam więc zupełnie nieświadoma tego co mnie czeka…szybko zdałam sobie jednak sprawę, że odpowiadam nie tylko za siebie, lecz dodatkowo za dwie dorosłe, dużo starsze ode mnie osoby.
Rola tłumacza nie była najgorszą z ról, ale rola zdanego tylko na siebie kierowcy prowadzącego wypożyczony samochód w kraju, w którym sama podróżowałam dotąd jedynie koleją to już inna sprawa. Z lotniska w Paryżu miałam dostać się na południowy –zachód Francji, sam wyjazd z miasta okazał się niczym trudnym…wszystkie te opłaty na autostradach, czytanie mapy i inne sprawy również, szukanie hotelu w którym zrobiono dla nas rezerwację w środku nocy, wybór menu w języku którego nie znam także… Napotkani kelnerzy choć gadatliwi i mili dla swoich, po angielsku a tym bardziej po polsku mówili niewiele. Jeden znał trzy słowa: dziękuję, kurwa i na zdrowie. Rewanżowałam się jak mogłam swą łamaną francuszczyzną, bo trzy francuskie słowa zna prawie każdy Polak: Peugeot, Renault i Citroen…
Pobyt zawodowo owocny…

lab.jpg

ale podróż powrotna bardzo nerwowa. Techniczne sprawy: mapa sporządzona przez francuskiego kolegę po fachu wyglądała mniej więcej tak…

mapa.jpg

i doprowadziła mnie bez problemów do drogi na Lille, z której miałam dojechać na lotnisko Charlesa de Gaulla. Niestety, z obwodnicy zjechałam stanowczo za wcześnie i chcąc nie chcąc na dwie godziny przed planowanym odlotem znalazłam się w centrum przeuroczego, tętniącego życiem Paryża… w godzinach szczytu. Ruch niemożebny, Paryżanie jeżdżą jak chcą, zwłaszcza na rondach gdzie żadne pasy ruchu nie obowiązują, a motocykliści samobójcy w tempie zawrotnym kręcą piruety miedzy samochodami, Warszawa i jej ruch to bułka z masłem…Niestety nie pomagał mi wcale pilotaż mojego kolegi, który nerwowo obracając atlas drogowy w rękach nie widział zadnych drogowskazów tylko uparcie twierdził, że ten budynek to już na pewno mijaliśmy, i tamten sklep ze dwa razy. Czas uciekał…nie miałam wyjścia, wśród trąbiących klaksonów zatrzymałam się w okolicach Louvru, do napotkanego wolnego taksiarza wsadziłam swego współtowarzysza prosząc o ekspres na lotnisko. Ekspres był prawdziwym ekspresem, istny szaleniec z tego taksiarza. Zaraz po opuszczeniu centrum, jakby wrażeń było mało zapalił mi się czujnik rezerwy paliwa… Na obwodnicy zdałam sobie sprawę że lotnisko jest wielkie, taksiarz nie wie gdzie mnie dopilotować a pasażer w środku na pewno się z nim nie dogada co do terminali. Ekwilibrystyczne wyprzedzanie by pokazać taksiarzowi zielony karnet Europcar kosztowało mnie sporo nerwów, ale udało się. Dojechałam dosłownie „na oparach” paliwa… na godzinę przed planowanym odlotem. A potem to już wszystko w biegu…samochód do wypożyczalni, odprawa bagażowa, odprawa paszportowa, sprint. Swój biały T-shirt mogłabym wyżymać. Samolot Air France wyleciał jednak godzinę spóźniony, bo w Warszawie zepsuła się stacja kontroli lotów i jakiś radar główny…na moje szczęście.
Siedząc już spokojnie w fotelu usłyszałam jednak, że jestem bardzo zaradną kobietą, że potrafię zachować zimną krew w chwili gdy reszta ma już wodę zamiast mózgu i trzęsące jak galareta ręce, itd., itd. a cała ta podróż ze mną ,mimo nerwów i pośpiechu, była świetną przygodą i sporym doświadczeniem.
Miłe.

Na szczęście nie zapomniał wół jak cielęciem był. Kiedyś przerażał mnie wyjazd gdziekolwiek, loty, przesiadki, wielkie lotniska, samochód w obcym kraju. Pamiętam jak rozbeczałam się, gdy pierwszy raz zabłądziłam będąc daleko od domu. To było tyle lat temu. To co dzisiaj dla mnie nie wydaję się niczym ważnym , czy szczególnym, dla wielu wciąż pozostaje nie lada wyzwaniem, nie byle jakim wyczynem. A człowiek o tych rzeczach, tych swoich umiejętnościach wydawać by się mogło prozaicznych, zupełnie zapomina.
I nie ceni.

„Reporterska ciekawość świata to rzecz charakteru. Są ludzie których świat w ogóle nie interesuje. Własny świat uważają za cały świat. I to tez trzeba cenić. Konfucjusz powiedział, ze świat najlepiej poznawać nie wychodząc z domu. Jest w tym jakaś prawda. Nie trzeba koniecznie podróżować w przestrzeni. Można odbywać podróże w głąb własnej duszy. Pojęcie podróży jest bardzo rozciągliwe i zróżnicowane. Są jednak ludzie, którzy musza poznawać świat w całej jego różnorodności- stanowi to część ich natury”
R. Kapuściński

Podróże w przestrzeni to jednocześnie podróże w poszukiwaniu innego siebie, realnego lub wyobrażonego, to podróże w poszukiwaniu innych wariantów bycia sobą…
Najlepiej bez zbędnego pośpiechu jednak…jeśli chodzi o mnie;-))

angers.jpg

„Wada serca…

Blog to ponoć dziennik jaki się prowadzi dla przyjemności, z potrzeby serca. Ale jak się tę przyjemność zaniedba, jak się serce głodnym zostawi, to potem trudno tak po prostu usiąść i pisać, bo chciałoby się napisać coś ważnego, pięknego, a przynajmniej o wydarzeniach wyjątkowych, a tu życie jak to życie – zwyczajne, a talent – skromniusi.”
(Blog Zetara)

Polecam…

…o wietrzeniu Szafy z początkiem roku, dojrzewaniu pomidora zimową porą, podkowie na szczęście i urokach patrzenia tu i ówdzie.

Niels Bohr miał przybitą nad drzwiami podkowę. Zauważył to pewien młody fizyk i wyraził swoje zdziwienie:
-Czyżby pan był przesądny panie profesorze?
-Nigdy w życiu! -zawołał wielki uczony. I dodał
-Słyszałem tylko ze to przynosi szczęście nawet wtedy kiedy człowiek w te głupstwa nie wierzy.

***

Za oknem pada sobie w najlepsze puszysty śnieg i robi się coraz mroźniej…kolejna niedziela.
Styczeń…miesiąc początków.

Nie znalazłam jak dotąd czasu na spokojne myśli dotyczące 52 tygodni , które przede mną, a już, nie wiadomo kiedy 4 z nich uciekły mi niespostrzeżenie, nieświadomie, bez żadnych ważnych pytań, bez jakichkolwiek odpowiedzi…uciekły poświęcone zwyczajnym zajęciom, pracy, sprawom, które uważam za istotne, a które nie są jednak dla mnie najważniejsze.

Nigdy nie pasowało mi to styczniowe, zimowe planowanie na nowy rok, choć planowanie samo w sobie, wbrew wszelkim pozorom, należy do moich ulubionych zajęć…
Zima stanowi dla mnie takie preludium planowania, preludium wszelkich postanowień, to pora podsumowań, rachunków sumienia, rachunku zdarzeń, uczynków i dobrych i złych.
Lubię mieć ten czas na zastanowienie się…takie spokojne, wręcz kontemplacyjne, by lepiej mam nadzieję, wybrać wszystkie te kierunki w które udam się za moment.

Podobnie z gotowaniem, które wciąż pozostaje moją achillesową piętą, choć być może zdałam sobie wreszcie sprawę dlaczego? Jeśli gotowałam to gotowałam „na hurra”, bez zastanowienia, zaplanowania, wejścia we właściwe tempo i…pewnie dlatego nic ciekawego mi z tego nie wychodziło i nie wychodzi. Patrzę na dobrych kucharzy wokół i widzę w czym tkwi problem…dobrzy kucharze dają sobie czas, gotowanie dla niech to nie bezmyślna i beznamiętna czynność, do której nie potrzebne są przygotowania. Gotowanie zaczyna się już w momencie w którym robią listę zakupów, gotowanie zaczyna się już w momencie wyboru odpowiednich składników przyszłego posiłku. A u mnie gotowanie zaczyna się zwykle od konstatowania podstawowych „braków magazynowych” w chwili, gdy oliwa rozgrzewa się na patelni.

***

Zimowy początek roku to mój czas na wygrzebanie się spod warstwy rachunków, uporządkowanie terminów, obowiązków i próba odpowiedzi na pytania o główne kierunki podróży?

Jeśli te odpowiedzi udaje mi się jakoś znaleźć, kolejnym jest pytanie o jakość.
Jakość podróży którą odbywam… o widoki, które w trakcie jej trwania udało, udaje mi się dostrzec.

“Niektóre widoki mamy pod powiekami jak fotografie, inne bardziej nieklarownie, o innych wreszcie, które zrobiły na nas wrażenie, pamiętamy, ale nie potrafimy przywołać ich wzrokiem.
Patrzenie sprawia nam przyjemność(…) tylko wtedy gdy ma charakter bezinteresowny. (…) Dla podobnych powodów patrzenie wspólne ma sens tylko wtedy, kiedy ludzi łączy wspólnota miłości lub przyjaźni. W każdym innym przypadku wspólne zwiedzanie może być pożyteczne, kiedy ktoś ma sporo wiedzy na temat zwiedzanego miejsca czy miejsc, ale u mnie i zapewne u wielu ludzi- pojawia się mechanizm, który sprawia, że wprawdzie pamiętamy co mówił nasz przewodnik, ale nie pamiętamy widoków jakie nam pokazywał. Skupiliśmy się bowiem na słuchaniu, a nie na patrzeniu, a równocześnie robić się tego nie da. Tym bardziej zalecane jest samotne ( lub wspólne ale z tymi, z którymi odczuwamy empatię) zwiedzanie muzeów, zwłaszcza galerii obrazów. Każda wspólna wycieczka nieuchronnie skończy się ubocznymi obserwacjami, dowcipem dobrym ale rozpraszającym, jakimś niewielkim napięciem psychologicznym, ale burzy nam spokój i widok zanika.
Bardzo wiele miejsc na świecie powstaje tylko po to, aby na nie patrzeć. Ulice miast są przepełnione tym co zwraca uwagę aż do przesady. Dlatego żeby patrzeć naprawdę, najlepiej jest nie tylko być samemu lub z najbliższymi, ale również zaznawać pewnego spokoju..
Z widokiem jest bowiem tak jak z inspiracją. Kiedyś Witold Lutosławski opisywał jak pracuje. Je rano śniadanie, potem pije kawę i następną kawę. Tak do dziesiątej kiedy siada przy biurku i czeka na inspirację. Nie wiadomo –pisał- czy nadejdzie- ale jego obowiązkiem jest stworzyć jej dobre warunki. Podobnie my powinniśmy stworzyć dobre warunki dla naszego uważnego patrzenia. Widok –piękny czy przejmujący nadejdzie sam.”

( Marcin Król- Tygodnik Powszechny)
***

Wczoraj zrobiłam remament w Szafie, ubrania, mimo pozornego porządku, poukładane w niej miałam zupełnie przypadkowo. Nie wiedziałam dokładnie co zgromadziłam, bo zapominałam o wielu rzeczach, szczelnie przykrytych warstwą wielu innych.
Mogę być wdzięczna, że mam taką Szafę, jest wielka, przepastna, z mnóstwem różnych półeczek, szufladek, kilkoma rzędami wieszaków. Popatrzyłam na nią z pewnej odległości i uświadomiłam sobie jak wiele posiadam. Czy wszystko to co posiadam jest jednak tym czego potrzebuję?
Nadszedł czas by pozbyć się nadmiaru, uprościć, czas przewietrzyć środek…Ktoś zapyta po co?
By wiedzieć co mam i dowiedzieć się, czego potrzebuję.

***

Styczeń…czas przeglądu Szafy, rewidowania listy zakupów…czas patrzenia, czas widzenia, czas na myśli, które nie są jeszcze pewnością ale początkiem zmian i przyszłych postanowień.

Zielony pomidor dojrzewający na parapecie też musi mieć swój czas, by nabrać właściwego koloru. Wszystko to co zobaczyłam, o czym myślę także…
Czas robi swoje… i ja też.
Oby do wiosny…

podkowa.jpg
weteryniorz.jpg

Chcąc nie chcąc- awansowałam…teraz będę miała więcej czasu… dla pracy.Mniam.

„Kto żyje bez szaleństwa, mniej jest rozsądny niż mniema”
(La Rochefoucauld)

turkey.bmp

***

Przeczytałam niedawno anegdotkę o tym jak Stefan Kisielewski został przedstawiony niezbyt urodziwej żonie jednego ze swych kolegów i następnego dnia wyraził swoją opinię:
„Wiesz, co mi się u twojej żony podoba?
Że to jest twoja żona, a nie moja.”

Z tą szczerością to różnie bywa…
Tata mi też kiedyś mówił, że człowiek kulturalny powinien być miły, pomijając oczywiście aspekt pewnej obłudy mogącej wkraść się w relacje z osobami , którym nie potrafimy powiedzieć niemiłych rzeczy…ale nie o tym chciałam.

Nie dalej jak wczoraj, leżąc dobrą godzinę w gabinecie znanej już niektórym współblogującym kosmetyczki Beaty słucham z uwagą szczerej opowieści o tym jakie nowe tabletki musi łykać w związku z pogłębiająca się niestety depresją, zdiagnozowaną przez najlepszego psychiatrę w mieście, z wszechogarniającym ją poczuciem beznadziejności i bezdennym smutkiem.
Wierzcie mi, szczerze jej współczując postanowiłam pomóc …
Zebrałam się w sobie, wysiliłam wrodzony zmysł empatii i mówię, najdelikatniej jak potrafię próbując sprowokować tę jakże piękną i zaradną kobietę do refleksji nad sobą :
„Beata, widzisz wszystko w zbyt czarnych kolorach… pomyśl o tym, co w sobie lubisz, co ci się w sobie podoba, dostrzeż choćby jedną z zalet, które przecież niewątpliwie posiadasz…”

A Beata długo nie czekając szczerze odpowiada:
„Lubie w sobie swoja kobiecość i seksapil, widzisz przecież sama- jestem atrakcyjna i jak dużym powodzeniem się cieszę. Lubie w sobie to, że dokładnie wiem czego chcę, dobrze planuję swoje działania, jestem konsekwentna , pracowita i co ważniejsze cierpliwa…O tak, potrafię długo czekać na to czego pragnę, nic nie jest mnie w stanie zniechęcić. Porażkami się wcale nie przejmuję, jedna w tą druga w tamtą…. A wiesz jaka ja jestem odważna? Czasami sama się sobie dziwę, skąd we mnie tyle odwagi. No i ludzie…sama widzisz jak ich lubię, jak się do mnie garną…Jestem dobrą córką, żoną, przyjacielem, zawodowo się realizuję. A swoje uporządkowanie uwielbiam, no i organizację i praktycyzm…”
Lista była niewiarygodnie długa…
Szczerze mówiąc… nie wiem co o tym wszystkim myśleć;-)


„Ze świąt Bożego Narodzenia
Często robimy dni wzruszających,
Tkliwych wspomnień z dzieciństwa;
Często patrzymy na nie
Albo przez różowe okulary świętego Mikołaja,
Albo oczyma zasobnego dziecka,
Któremu do wielu zabawek
Dokupiono jeszcze stajenkę betlejemską.
Święta są po to, by życzyć sobie
Nie tylko podwyżki, ładnego mieszkania,
Przystojnego męża, bogatej żony,
Ale myślenia o Bogu”

(ks. Jan Twardowski)


  • RSS